wtorek, 23 sierpnia 2011
Szklarska Poręba - tydzień pierwszy...
Minął tydzień od kiedy jesteśmy na obozie biegowym w Szklarskiej Porębie. Mieszkamy, jak w ubiegłym roku w Hotelu ****Bornit, więc nie ma na co narzekać. 3 posiłki, pływalnia, sauna, jakuzzi i bliskość do tras biegowych oraz lodowaty górski potok, to wszystko to, co potrzeba.
Do Szklarskiej przyjechaliśmy w poniedziałek i od razu zabrałem się za mocne bieganie, na początek 22km rozbieganie, oczywiście po górach ;) na Hutę, Rozdroże pod Cichą Równią, Kopalnię Stanisław i niebieskim szlakiem przez Białą Dolinę w dół. To był mały błąd, bo nie byłem przygotowany do takiego zbiegania i od razu odczułem to w 4-ro głowych...
Wtorek był dniem siły biegowej, chociaż zazwyczaj nie robię tego środka, jak jestem w górach, ale postanowiłem zrealizować 2 jednostki siły biegowej zróżnicowanej podczas tego obozu. Po południu wybieganko z rytmami na Reglach w towarzystwie Agnieszki Gortel, które oczywiście miało być spokojne, miało, ale nie wyszło... dyszka w 45' co prawda na luzie, ale miało być o 30"/km wolniej ;) Wieczorem niestety dopadło mnie jakieś choróbsko i kolejny dzień, na który miałem zaplanowany akcent 2 x 7 poszedł się delikatnie mówiąc "walić". Strułem się leczo, co zakończyło się biegunką i wymiotami... na środowym treningu miałem ogromne problemy, z pokonaniem 14km wybiegania, pobiegłem 7km po 5'00 w jedną stronę, oczywiście z kilkoma wypadami do lasu, po czym posiedziałem z 20minut na kamieniu w rzece i wróciłem świńskim truchtem do Jakuszyc. To była maskra, musiałem się tego dnia dobrze nawodnić :) i tak też zrobiłem, kolejnego dnia do zrobienia było 20-22km w górach...
Wjechaliśmy wyciągiem na Szrenicę i ruszyliśmy w kierunku Śnieżnych Kotłów. Iwona biegła z Tytanowym Sylwestrem a ja spokojnie samemu z nóżki na nóżkę. Po drodze umówiłem się z Andrzejem i razem biegliśmy za Wielki Szyszak, po czym ja odbiłem na Czechy.
Pokręciłem się po czeskiej stronie i stwierdziłem, że tam można śmigać, że hej. Szerokie szutrowe drogi, asfalt... tak, nawet na 1300m można na rowerze szosowym śmigać, tam i z powrotem ;) fajna miejscówka.
wróciłem przez Śnieżne Kotły
i Łabski Szczyt
wprost do Hotelu, w sumie wyszło mi 20,6km :) ale po południu czekał na mnie oczywiście jeszcze jeden trening
wykres przewyższenia :)
Z konkretniejszych treningów, które biegałem w tym tygodniu był sobotni akcent, który pierwotnie miałem pobiec w środę, ale niestety... nie wyszło. WT czyli w tym przypadku wytrzymałość tempowa, tempowa dlatego bo polegała na utrzymaniu zadanego tempa, biegałem na Zakręcie Śmierci. Były to dwie siódemki a plan zakładał pokonanie pierwszej po 3'50/km a drugiej 3'45-40/km, czyli fizjologicznie w II zakresie intensywności. Po 4km rozgrzewce, sprawności i kilku rytmach ruszyłem, czułem wielki luzzzzzzzzz, aż dziwne, nie złapałem pierwszej 500-setki, ale wiedziałem, że jest dobrze i musiałem się ostro hamować. Pierwsza siódemka wyszła 26:21 na HRavh... 166, czyżbym wyszedł na mocniejsze wybieganie ;)
kolejna była nieco szybsza z ostatnimi 2km pod górkę, więc musiałem się lekko zmęczyć ;) żeby biegać na zadanej prędkości, ale i tak biegało się rewelacyjnie i czas wyszedł 25:39 na HRavg 173. Była moc!To był bardzo dobry i obiecujący trening, podbudował mnie psychicznie i fizycznie :) Po południu dokręciłem swoje km i cały dzień zakończyłem w bardzo dobrym humorze. Następnego dnia w planie była wycieczka biegowa z Agnieszką, podczas której planowaliśmy przebiec 27km.
Ruszyliśmy kilka minut po 9 rano, plan był prosty. Wbiegamy na Szrenicę i na Śnieżne Kotły i później kierunek Czechy. Nigdy wcześniej nie wbiegałem na Szrenicę, zawsze pokonywałem to marszo - biegiem, ale teraz cóż... no risk - no fun, czekało mnie 5km mocnego podbiegu... po 42 minutach udało się i wbiegliśmy na samą górę a następnie udaliśmy się w stronę Śnieżnych Kotów i na Czechy. Iwona w tym czasie zdobywała Wysoki Kamień i kierowała się na Rozdroże pod Cichą Równią, Orle, Jakuszyce i Szklarską, w sumie do pokonania miała około 27km.
Ruszyliśmy kilka minut po 9 rano, plan był prosty. Wbiegamy na Szrenicę i na Śnieżne Kotły i później kierunek Czechy. Nigdy wcześniej nie wbiegałem na Szrenicę, zawsze pokonywałem to marszo - biegiem, ale teraz cóż... no risk - no fun, czekało mnie 5km mocnego podbiegu... po 42 minutach udało się i wbiegliśmy na samą górę a następnie udaliśmy się w stronę Śnieżnych Kotów i na Czechy. Iwona w tym czasie zdobywała Wysoki Kamień i kierowała się na Rozdroże pod Cichą Równią, Orle, Jakuszyce i Szklarską, w sumie do pokonania miała około 27km.
Śnieżne Kotły
po czeskiej stronie
studnia życzeń ;)
Pogoda, jak widać a fotkach była idealna, słoneczko, ciepełko, nic tyko śmigać. Zrobiliśmy w sumie 28km biegu, stawaliśmy tylko na fotki, więc cały trening był biegowo idealnie zrealizowany :)
Cały tydzień zamknąłem liczbą 181km, co uważam za bardzo dobry wynik. Co prawda nie zrealizowałem jednego akcentu z przyczyn żołądkowych, ale objętościowo wyszło tyle, co za dawnych dobrych czasów ;)
Walka trwa!

sobota, 13 sierpnia 2011
110km
W tym tygodniu zrobiłem skromne 110km, ale biegałem tylko 6 dni, chociaż podczas nich wykonałem 7 jednostek treningowych. Muszę powiedzieć, że znów włączyła mi się kontrolka na bieganie i znów z wielką ochota wychodzę na treningi, najchętniej zrobiłbym jakąś mega mocną 30-stkę :) ale przyjdzie na to czas.
Tydzień otworzyłem jednym z moich najbardziej ulubionych treningów, czyli zróżnicowaną siłą biegową. Wyskoki, skipA, wieloskok czy skipB przechodzący w podbieg to jest właśnie to, czuję wtedy, że kopyta pracują i z każdym kolejnym odcinkiem mięśnie mówią, że są na właściwym miejscu i działają, jak trzeba. To jest właśnie to :)
We wtorek... pięćsetki, 12 powtórzeń. Lekko obawiałem się tego treningu, gdyż mam spore braki w szybkości a odcinek 500m jest całkiem, całkiem wymagający. Kiedyś uśmiałbym się z tego, gdyż pamiętam, że biegałem bez problemu po 1'30-29 a przed Dominikiem w 2004 roku, albo jakoś tak po 1'20... mając w nogach kilka tysiączków w przedziale 2'40-50, cóż, było się młodym, było się szybkim... :) Jadąc na trening samochodem, zrobiłem fajną fotkę - poniżej
w prawym górnym rogu HR = 49... więc nie jest ze mną jeszcze tak źle, tętno przed treningowe 49, maksymalne około 205, jest co robić :) Na pięćsetki wygrzebałem z szafy stare startówki, Puma Road Racer III, w których trochę startowałem w ubiegłym roku.

Biegałem odcinki po około 1'36 a ostatni w 1'28, było fajnie i elegancko. Podobał mi się ten trening. Z kolejnych akcentów na czwartek miałem zaplanowane BNP 18km, rozpoczynając od 4'50 a kończąc na 3'45, jednak jakoś ciężko było i nie jestem w pełni zadowolony z tego treningu. Pogoda była paskudna, padało, wiało a w dodatku musiałem jechać przez wioski a'la WRC bo policja zorganizowała objazd, podobno jakiś TIR w coś wjechał... całość (18km + 1km roztruchtania - Garmin oszukał mnie o ponad 350 metrów!!!) w 1:20, a ostatnią trójkę po 3'43, jednak rzeźbiłem niesamowicie, LA na koniec wyszedł 5,1 mmol/l, więc liczby mówią same za siebie. Luzu w tym dniu nie było, a na dodatek na piątek miałem zaplanowane 2 treningi... rano wybieganie z rytmami a po południu siłę.... dwusetki pod górę. Cóż, oba treningi zrobiłem, rano męczyłem się straszliwie ale za to po południu... miałem mega gaz. Zacząłem rozbieganie po 4'08... więc musiałem biegać z zaciągniętym ręcznym i gdyby nie myśl, że mam do wykonania mocną siłę, pewnie poleciałbym dychę rozbiegania po 4'20. Na podbiegach miałem niezły ubaw, odmierzyłem niby 200m, ale jakoś na oko wydawało mi się to o dużo za dużo... pierwszy podbieg zajął mi minutę i 2 sekundy... wiedziałem, że znów mój ukochany Garmin dał delikatnie mówiąc "ciała". Na Iwony GPSie wyszło ponad 250m, więc biegałem 250m podbiegi :) W piątek w sumie zrobiłem 27,5km i wieczorem zasłużyłem na zimną Łomżę :) Pychotka! Ostatni trening w tym tygodniu to dwie czwórki w sobotę. Nie wiem co mi odbiło, ale postanowiłem biegać je od "4" do "6" i z powrotem... czyli 2km w górę i 2km w dół, to nie był dobry pomysł. Nie czułem się jakoś za świetnie, było parno i duszno, biegało się ciężko. Pierwsza czwórka 14'21 na HRavg 179 i LA=4,0 mmol/l druga 14'22 na HRavg 181 i LA=3,5 mmol/l czyli znów mleczany spadają pomimo narastającego wysiłku i tętna, "dziwny jest ten świat..."
Iwona coś się w końcu rozhulała, zaczęła biegać ciągłe po ~5'15 i szybciej a ja jestem tym faktem lekko zszokowany, mam nadzieję, że w Eindhoven zdejmie "kilka" albo i więcej minut ze swojej życiówki :) Pożyjemy, zobaczymy. Tu jest pewna ciekawostka treningowa. Trening tempowy, który stosowaliśmy nie tak dawno, zupełnie nie przyniósł efektu, można powiedzieć, że zadziałał odwrotnie. Zastosowanie siły i spokojnego II zakresu momentalnie odwróciło całą sytuację do góry nogami :) ale nie jest tak w przypadku pozostałych zawodników, jednak tu jest trochę inna sprawa. Po każdym treningu mogę porozmawiać z żoną, jak się biega, na niektórych treningach zobaczyć jak wygląda bieg a tu od razu widać, co się dzieje i od razu można zareagować.
Dzieje się i jest coraz bardziej ciekawie :) Od poniedziałku walka w Szklarskiej Porębie... a wyjazd zapowiada się bardzo ciekawie zarówno pod względem sportowym jak i kulturalnym ;), więc będzie się działo...
"Only Strong Survive!"
czwartek, 11 sierpnia 2011
...w niedalekiej przyszłości :)
...tak będę spędzał jesienno - zimowe wieczory :)
niedziela, 7 sierpnia 2011
mocny tydzień
Mija już trzeci tydzień treningów, mogę śmiało powiedzieć, że trenuje a nie biegam :) mam plan który realizuję (taki motywator) i cel, więc wszystko co najważniejsze jest i mogę skupić się na trenowaniu.
Tydzień zaczął się całkiem niewinnie, dyszka + 2km siły, dzień później ciągły na czarnej drodze, spokojna 12-stka po 3'50... oczywiście nie byłbym sobą, jakbym nie doczepił się do Garmina, więc 310XT pokazał...

sławny szlaban, czyli "4" km, z tego miejsca ruszałem do "7"km i powrót...
Tydzień zaczął się całkiem niewinnie, dyszka + 2km siły, dzień później ciągły na czarnej drodze, spokojna 12-stka po 3'50... oczywiście nie byłbym sobą, jakbym nie doczepił się do Garmina, więc 310XT pokazał...

trochę mniej, a to trochę to aż 3" na 1km więc jest różnica :) czy duża, niektórzy powiedzą, że nie, ale patrząc na te 3 sekundy w inny sposób... 3'00/km a 2'57/km w przypadku maratonu, albo 2'54/km... to też mało? daję do przemyślenia ten temat... :) W każdym razie, jak widać na załączonym obrazku pobiegłem 12stkę w 45:55 co daje średnią na 1km 3'49
jak zobaczyłem tętno, zbaraniałem najdelikatniej mówiąc...169, czyli spacer? Są dwie opcje, dwa wytłumaczenia, no może trzy. Odpocząłem konkretnie, mówię o treningach, które zacząłem po ponad miesięcznej albo i nawet dłuższej przerwie, organizm zaadaptował się do takiego biegania i nie jest to już dla niego wyzwaniem takim, jak kiedyś... 3 - starzeję się i wszystkie parametry spadają :) W każdym razie jestem mega zadowolony z tego treningu, który oczywiście biegałem na "Czarnej Drodze" od "4" do "8" i do "0". Było OK. Kolejne treningi wypadały równie pozytywnie, chociaż lekko obawiałem się czwartku - piątku - soboty. Na czwartek miałem zaplanowane 3 minutówki. Zrobiłem 6km rozbiegania i zacząłem kręcić nogami, mocno, żywo, konkretnie, 1 minutowe przerwy szybko mijały, więc czasu na odpoczynek było mało. Trening zamknąłem w 20km, dzień później o 5:55 byłem na kolejnym treningu... tego dnia postanowiłem wykonać 2 treningi. 7km wybiegania, 6 przyspieszeń, szybki prysznic, śniadanie, na 8 godzin do roboty, powrót, chwila odpoczynku i na drugi trening, całe szczęście że tylko luźna 12-stka :)
sławny szlaban, czyli "4" km, z tego miejsca ruszałem do "7"km i powrót...
Na sobotę miałem zaplanowane dwie szóstki, wymagający trening, szczególnie że byłem już lekko zmęczony całym tygodniem a te odcinki miałem biegać po 3'47 i po 3'45/km.
Pierwsza szóstka była bardzo rwana, nie mogłem wstrzelić się w tempo, ale ostatecznie wyszło 22:39, czyli po 3'46/km czyli prawie zgodnie z założeniami, średnie tętno = 175 a mleczany 3,5mmol/l.... trochę wysoko i lekko mnie to zaniepokoiło, ale cóż, trzeba było polecieć jeszcze jedną szóstkę a robiło się coraz cieplej. Biegło się trochę równiej, noga lepiej się kręciła i na mecie zanotowałem czas 22:26, HRavg 178 a LA...
2,3mmol/l (drugi pomiar 2,5mmol/l) więc bardzo, bardzo pozytywnie i optymistycznie. Roztruchtałem jeszcze 3km, znalazłem po drodze fajne miejsce do odpoczynku, zbiornik małej retencji wodnej, jakieś szuwary, trawy, krzaki, klimat i spokój :)
Po treningu kibicowaliśmy chłopakom na Biegu Św. Dominika i muszę się pochwalić, że moi podopieczni zanotowali bardzo dobre wyniki, poprawiając życiówki na tym dystansie. Bartek załapał się na pudlo (3.m) w kategorii wiekowej, czego mu bardzo gratuluję.
Krzysztof, po znacznym zmniejszeniu objętości i wrzuceniu jednego tempa do planu pobiegł po około 3'54/km żeby później otrzeć się o podium w biegu VIPów :) Szymon również był zadowolony ze swojego występu, gdyż w końcu pokonał rywali, z którymi podczas poprzednich startów przegrywał, mam nadzieję że teraz uwierzy w siebie i 3 września na Biegu Westerplatte poleci w maxa, nie oszczędzając się na ostatnich km.
Tydzień zakończyłem niedzielnym 22km wybieganiem a termometr kiedy wychodziłem po 10 z domu wskazywał...
Tydzień zakończyłem niedzielnym 22km wybieganiem a termometr kiedy wychodziłem po 10 z domu wskazywał...
w cieniu...
CEP recovery, The Stick i Posture Curve
Polecam każdemu, po każdym treningu, lekkie "sado maso" nie zaszkodzi ;)
Cały tydzień zamknąłem liczbą 139km... To był kolejny dobrze przepracowany tydzień, z którego jestem bardzo zadowolony.
zestaw "potreningowy", czyli:CEP recovery, The Stick i Posture Curve
Polecam każdemu, po każdym treningu, lekkie "sado maso" nie zaszkodzi ;)
czwartek, 4 sierpnia 2011
kiedyś a dziś...
Jak było kiedyś, dawno, kilka, kilkanaście a nawet 20 kilka lat temu w świecie bez pulsometrów, butów z systemami i koszulek oddychających? Ostatnio na treningu przypomniało mi się, jak było kiedy zacząłem stawiać pierwsze sportowe kroki. Na początku 1987 rok, czyli sporo latek temu... sekcja żeglarska, ale gro zajęć rozgrywanych było w terenie, więc człowiek, dzieciak, musiał jakoś funkcjonować. Jadąc na obóz żeglarski (zimowy) do Jastrzębiej Góry dostałem z klubu (wypożyczono) mi dres, to było coś. Pamiętam, że był za duży, granatowy z nadrukiem na plecach YKS Stal Gdynia, lans pierwsza klasa. Każdy był zadowolony, że mógł w takim dresie się poruszać. Miał go trener, trenerka i wszyscy wokół. Na tym obozie sporo biegaliśmy po plaży, kazali nam biegać, więc nie lubiłem tej formy aktywności. Oczywiście nie miałem żadnych adidasów, miałem brązowe, sznurowane botki za kostkę, które były oczywiście skórzana i w tym się zasuwało, a co. Jak było chłodno, zakładało się kurtkę i jazda na trening. Trener miał stoper, oczywiście wskazówkowy i mierzył czas. Sympatyczne czasy. Jak było ciepło, biegaliśmy w trampkach, zwykłe trampki ze sklepu, jedne były za kostkę, pamiętam że miałem takie wypasione różowe i zasuwałem w nich wszędzie gdzie się dało, na lekcje wf-u, na podwórko kopać piłkę, na żaglówkę czy pobiegać z kumplami po podwórku.
Kolejne lata, czasy biegania i tu znów mnóstwo atrakcji. Np obóz zimowy w Gniewinie, miałem już jakieś buty do biegania, co prawda bez żadnych systemów i nie wiadomo czego, człowiek tylko słyszał o butach z poduszką powietrzną, oczywiście do tego dres kreszowy, najczęściej w dziwnych jaskrawych kolorach i zadowolony ganiał po polach. Pamiętam, że trener robił mapę, którą chyba odbijał na ksero, w każdym razie cały pic polegał na tym, że kredkami ją kolorowaliśmy, tak, kredkami. Nanosiliśmy na żółto pola, na niebiesko elementy wodne i na zielono krzaczory. Było wesoło, bo każda mapa była innego koloru i różnie bywało z odzwierciedleniem rzeczywistości. Po zimie była wiosna i szał na korki piłkarskie. Dlaczego korki, bo były w każdym sklepie, miały dobry bieżnik, niezbędny w lesie. Tylko nieliczni mieli Silvy do orienteeringu. Korki były cool i co niektórzy raźno zasuwali w nich po ulicy, gubiąc po drodze gumowe elementy. Mieliśmy dederony i zwykłe kompasy z hali targowej, kupione od Rosjan. Był to "Sport 4" i inny model, którego nazwy nie pamiętam, ale wskazówka szalała jak by była pijana i ciężko było utrzymać zaplanowany kierunek biegu.
Kiedy na rynek wszedł Isostar, to był szał. Każdy lansował się z puszką, bidonem i charakterystyczną żółtą łyżeczką. Kiedy odżywka się skończyła a kończyła się szybko, bo zamiast robić napoje wyżeraliśmy łyżeczkami smaczny proszek, puszki były przerabiane na schowek na materiały niezbędne każdemu biegaczowi na orientację. Wkładało się do takiej puszki folię na mapę, na kartę startową, taśmę klejącą, sznurek, agrafki, długopis, kompas, nożyczki a samą puszkę obklejało różnymi naklejkami.
Opisy punktów rysowało się na karcie startowej, którą następnie wkładało się do foliowego worka, robiło we wszystkim dziurkę, wkładało sznurek i przywiązywało do ręki. Kolejnym hitem były zegarki... tu znalazłem zdjęcie jednego z najpopularniejszych na rynku maszyn do biegania w tamtych czasach... legenda i historia.
Kolejne lata, czasy biegania i tu znów mnóstwo atrakcji. Np obóz zimowy w Gniewinie, miałem już jakieś buty do biegania, co prawda bez żadnych systemów i nie wiadomo czego, człowiek tylko słyszał o butach z poduszką powietrzną, oczywiście do tego dres kreszowy, najczęściej w dziwnych jaskrawych kolorach i zadowolony ganiał po polach. Pamiętam, że trener robił mapę, którą chyba odbijał na ksero, w każdym razie cały pic polegał na tym, że kredkami ją kolorowaliśmy, tak, kredkami. Nanosiliśmy na żółto pola, na niebiesko elementy wodne i na zielono krzaczory. Było wesoło, bo każda mapa była innego koloru i różnie bywało z odzwierciedleniem rzeczywistości. Po zimie była wiosna i szał na korki piłkarskie. Dlaczego korki, bo były w każdym sklepie, miały dobry bieżnik, niezbędny w lesie. Tylko nieliczni mieli Silvy do orienteeringu. Korki były cool i co niektórzy raźno zasuwali w nich po ulicy, gubiąc po drodze gumowe elementy. Mieliśmy dederony i zwykłe kompasy z hali targowej, kupione od Rosjan. Był to "Sport 4" i inny model, którego nazwy nie pamiętam, ale wskazówka szalała jak by była pijana i ciężko było utrzymać zaplanowany kierunek biegu.
Kiedy na rynek wszedł Isostar, to był szał. Każdy lansował się z puszką, bidonem i charakterystyczną żółtą łyżeczką. Kiedy odżywka się skończyła a kończyła się szybko, bo zamiast robić napoje wyżeraliśmy łyżeczkami smaczny proszek, puszki były przerabiane na schowek na materiały niezbędne każdemu biegaczowi na orientację. Wkładało się do takiej puszki folię na mapę, na kartę startową, taśmę klejącą, sznurek, agrafki, długopis, kompas, nożyczki a samą puszkę obklejało różnymi naklejkami.
Opisy punktów rysowało się na karcie startowej, którą następnie wkładało się do foliowego worka, robiło we wszystkim dziurkę, wkładało sznurek i przywiązywało do ręki. Kolejnym hitem były zegarki... tu znalazłem zdjęcie jednego z najpopularniejszych na rynku maszyn do biegania w tamtych czasach... legenda i historia.
CASIO SDB-500 W, 30 międzyczasów, timer, alarm, każdy musiał mieć taki i wielu biegaczy jeszcze z nimi biega. To było to. Po biegu siadaliśmy w autokarze i sprawdzaliśmy międzyczasy a następnie nanosiliśmy je na mapę lub kartkę, bo następnego dnia znów trzeba było startować a zegarek pamiętał tylko 30 lapów. Czas płynął, wszystko ewoluowało. Wszedł coraz bardziej profesjonalny sprzęt, każdy biegał w Silvach, VJ-ach albo innych profesjonalnych butach, na ręku miał Moskwę (kompas) albo Silvę i można było śmigać. Fajnie biegało się w nocnych. To było wyzwanie. Pierwsze lampy były oczywiście własnej roboty. Żarówka i lampka od roweru, na plecach plecak z pojemnikiem na baterie bodajże R14 albo R20, które mieściły się w specjalnym pojemniku z radia i jazda do lasu. Co było widać... nie za dużo ;) ale było wesoło a ile to ważyło, nie wspomnę... Proponuję spróbować, załadować 8 bateryjek do plecaka, na głowę założyć 6 W żarówkę i pobiegać... Za jakiś czas baterie wyparły akumulatory, które były równie ciężkie, ale działały dłużej i można było pod nie podpiąć lepszą lampkę... nastała jasność. Ciekawe zabawy były z pomiarem tętna. Kończyliśmy trening, stawaliśmy jeden obok drugiego, przykładaliśmy palce w okolicy szyi, trener mówił "start" i zaczynał się pomiar... zazwyczaj wypadało 29 albo 30... tą wartość zapisywało się w dzienniczku. Nadszedł kiedyś dzień, gdy pojawiły się pulsometry, wielkie, kolubryny z 3 przyciskami marki Polar. Nikt nie wiedział, jak to działało, ale kilka sztuk było, więc trener decydował kto będzie z nim biegał i po treningu... trzeba było rysować wykres HR na papierze milimetrowym :) Był zabawa. Śmiesznie się też biegało w zimę, mało kto miał buty z jakimś lepszym protektorem, crossy biegało się w burtach do BnO i było git. Wracając jeszcze do ubiorów. Obowiązkowym atrybutem był bawełniany golf, pod którego zakładało się bawełnianą koszulkę, na górę zazwyczaj zakładaliśmy zwykłe ortaliony, ja miałem żółty adidasa... był świetny, w zgięciach pod łokciami zbierał się pot i po mocniejszym treningu można było go wylewać ciurkiem... Co do odżywek, kadra miała mineral i witaminy rozpuszczalne, nie kadra... colę, soki, nalewkę babuni... kto pamięta, jak fajnie skrzypiały korki od tego specyfiku, kiedy siedząc po północy u dziewczyn degustowaliśmy się smakiem nalewki, chowając się pod łóżkami przed trenerem... to było życie. O pomiarze HR czy dokładnej odległości nikt nie myślał. Na "Zakręcie" biegało się na słupkach drogowych, albo znakach na szosie (jak nie ma śniegu, to każdy stosuje ten sposób pomiaru) a na Reglach biegaliśmy wg znaczków na drzewach, które do dziś dnia się tam znajdują. Nie zapomnę nigdy jak kończyły się wycieczki biegowe... raz że ścigańskiem a dwa że wizytą w sklepie... obowiązkowo cola i czekolada a wieczorem...pizza i BnO...Kolejnym krokiem był system SportIdent, który wyparł karty startowe. Pojawiły się coraz bardziej dostępne pulsometry, oczywiście marki Polar, które oczywiście nie miały połączenia z komputerem (te najdroższe miały) i coraz częściej pojawiały się u biegaczy na nadgarstkach. Był taki sprytny program, nie pamiętam nazwy, ale jego autorem był Ermine z Breslau. Włączało się ten program, wpisywało czas trwania, i poszczególne wartości HR, które odczytywał pulsometr a zapisywane były one np. co 1 sekundę, 5 sekund, czy 60 sekund. Wyobraźcie sobie teraz ręczne wpisywanie na klawiaturze biegu np. na dystansie 42km... To były czasy... a teraz...Co jeszcze się zmieniło? Generalnie mentalne podejście zawodnika do treningu i zawodów. Teraz wręcz niewyobrażalne jest wyjście na trening, a tym bardziej na akcent bez... skarpetek kompresyjnych, butów pół startowych z milionem systemów, krótkimi getrami, koszulką oddychającą odprowadzającą pot i nie wiadomo co jeszcze na zewnątrz, do tego koniecznie pulsometr z ustawionymi alertami a co najważniejsze z tempomatem i GPSem, przed treningiem obowiązkowe Vitargo albo żel... :) Kiedyś było fajnie, ale z perspektywy czasu z pewnym sentymentem wspominam czasy, kiedy biegałem w zacerowanych adidasach, dresowych spodniach, które majtały się na wszystkie strony, ubrany miałem bawełniany t-shirt, golf a na wszystko ortalion, co najważniejsze w kieszeni landrynki, albo coś słodkiego :)
...tak mnie jakoś wzięło na wspomnienia ;)
...tak mnie jakoś wzięło na wspomnienia ;)
wtorek, 2 sierpnia 2011
lipiec
Jaki był ten lipiec...
na pewno zakręcony z milionem pomysłów i planów, z paskudą pogodą i bliżej nieokreślonymi i nie sprecyzowanymi planami... początkowo planowałem triathlon w Borównie i walkę o połamanie 5h, ale na planach się skończyło. Generalnie potraktowane było to brakiem czasu na zrealizowanie w 110% treningu, który założyłem. Postanowiłem więc przygotować się do maratonu w Eindhoven i ku temu poczyniłem wszystkie kroki. Hotel zarezerwowany, startowe zapłacone, cel obrany, trening... w trakcie realizacji ;)
W lipcu zrobiłem 210km na rowerze i co mnie bardzo boli 0km w wodzie... W pierwszym tygodniu lipca przebiegłem aż 43km, w drugim było znacznie lepiej bo już 50,5km, czyli rozkręciłem się... ;) Trzeci tydzień lekko odpuściłem i zjechałem z objętości i wyszło 40,5km (tydzień startowy)... Tu trzeba było podjąć decyzję, bo zaczęło się źle dziać... wyszedł wielki leń i mogłoby się to tragicznie skończyć. Zacząłem w końcu trenować, 113km i 115km w kolejnych tygodniach sprawiły że odżyłem i zacząłem żwawiej ruszać kulasami a cały miesiąc zamknąłem z liczbą... cóż, nie za wielką, ale początki zawsze są ciężkie.
Wczoraj rozpoczął się sierpień, otworzyłem go treningiem siły biegowej, 10 x 200m, dziś w planie ciągły, później wybieganko, 3 minutówki, wybieganie, szóstki i dłuższe wybieganie... dzieje się :)
Od 15 do 26.08 będzie więcej czasu żeby przyłożyć się do treningu, tradycyjnie Szklarska w Bornicie, więc tu liczę na naprawdę spory kilometraż. Czasu do maratonu coraz mniej...
W lipcu zrobiłem 210km na rowerze i co mnie bardzo boli 0km w wodzie... W pierwszym tygodniu lipca przebiegłem aż 43km, w drugim było znacznie lepiej bo już 50,5km, czyli rozkręciłem się... ;) Trzeci tydzień lekko odpuściłem i zjechałem z objętości i wyszło 40,5km (tydzień startowy)... Tu trzeba było podjąć decyzję, bo zaczęło się źle dziać... wyszedł wielki leń i mogłoby się to tragicznie skończyć. Zacząłem w końcu trenować, 113km i 115km w kolejnych tygodniach sprawiły że odżyłem i zacząłem żwawiej ruszać kulasami a cały miesiąc zamknąłem z liczbą... cóż, nie za wielką, ale początki zawsze są ciężkie.
Wczoraj rozpoczął się sierpień, otworzyłem go treningiem siły biegowej, 10 x 200m, dziś w planie ciągły, później wybieganko, 3 minutówki, wybieganie, szóstki i dłuższe wybieganie... dzieje się :)
Od 15 do 26.08 będzie więcej czasu żeby przyłożyć się do treningu, tradycyjnie Szklarska w Bornicie, więc tu liczę na naprawdę spory kilometraż. Czasu do maratonu coraz mniej...
Nie ważne, jaki czeka trud, bo końcem będzie chwała
Nasz głos wybija się nad tłum, silny i twardy niczym skała
Będziemy wierni aż po grób, niech sztandar nasz wieje na wietrze
Niech do zwycięstwa wiedzie nas, bo tylko ono da nam szczęście
The Analogs "Wierny jak Zawisza"
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Kontakt
Twój osobisty trener...
Szukasz pomocy w sprawach treningu biegowego?
Nie wiesz, jak zacząć, jak poprawić swoje rekordy życiowe, każdy trening staje się monotonny, nudny a czasy w kolejnych zawodach nie poprawiają się?
Może jesteś początkującym biegaczem i nie wiesz od czego zacząć?
Dobrze trafiłeś!
Napisz do mnie
Nie wiesz, jak zacząć, jak poprawić swoje rekordy życiowe, każdy trening staje się monotonny, nudny a czasy w kolejnych zawodach nie poprawiają się?
Może jesteś początkującym biegaczem i nie wiesz od czego zacząć?
Dobrze trafiłeś!
Napisz do mnie
TEST BIEGOWY
Jeżeli nie wiesz jak trenować, natłok informacji o strefach HR, HRmax, HRR, VO2max itp powoduje u Ciebie ból i zawroty głowy a sport tester wciąż piszczy i świeci podając co chwilę sprzeczne informacje, pomyśl nad wykonaniem profesjonalnego TESTU BIEGOWEGO mającego na celu dokładne wyznaczenie "zakresów treningowych" w oparciu o pomiar zakwaszenia i tętna.
Jestem do dyspozycji i czekam na kontakt!
Jestem do dyspozycji i czekam na kontakt!
z nimi współpracuję...













































